Wywiad z Ewą Nowak

 
Lubię iść do sklepu, gdzie kupuje mleko mój bohater
 
Kiedy napisała Pani pierwszą książkę i dlaczego?

Wszystko, tylko nie mięta to moja debiutancka powieść; ukazała się w 2002 roku. Czułam, że mam pomysł, a ponieważ miałam czas i ogromny zapał, napisałam powieść. Wtedy najważniejsze było dla mnie to, że sama dobrze się przy pisaniu bawiłam. Do dziś lubię Gwidoszów, zwłaszcza Mariusza. Wtedy właśnie odkryłam, że pisanie może dawać taką samą przyjemność jak czytanie.

Jakie są źródła Pani inspiracji?

Takie same jak wszystkich innych twórców – różnorodne i nieprzewidywalne. Nikt nie wie, co stanie się inspiracją, póki to coś się nią nie staje.

Jak pojawiają się bohaterowie?

Dzisiaj starannie ich wymyślam, traktuję jak kogoś, kogo właśnie poznałam, jest dla mnie szalenie interesujący i chce się jak najwięcej na jego temat dowiedzieć. Prawie nigdy nie opisuję ludzi, których znam – co najwyżej korzystam z ich nawyków, charakterystycznych zachowań. Z realnych osób najczęściej opisuję siebie – prawie każdy mój bohater ma jakieś moje wady. Kuba Gwidosz powstał jako kompilacja cech mojego męża i brata. Dziś już nie umiałabym tak stworzyć postaci.

Skąd się bierze ich otoczenie?

Moi bohaterowie muszą gdzieś mieszkać, robić zakupy, mieć rodzinę i znajomych – tak jak wszyscy inni ludzie. Lubię więc dobrze znać miasta, osiedla, ulice, na których mieszkają moi bohaterowie. Wybieram dla nich mieszkania, które pasują do danej rodziny. To wszystko.

Akcja powieści Dane wrażliwe toczy się w Augustowie. Dlaczego akurat tam?

Nie mam w planach przeprowadzki do Augustowa, jeśli o to chodzi. Po prostu Warszawa nie uniosłaby fabuły. Główna bohaterka nie mogła mieszkać w dużym mieście, bo warszawskie odległości i dwa miliony mieszkańców nie mogłyby być otoczeniem, gdzie wyrosłaby taka dziewczyna jak Nina. Wybrałam Augustów, bo od kilku lat tam bywam. Gdy zaczęłam pisać Dane…, było dla mnie oczywiste, że Nina Petrykowska jest z Augustowa. Ona pasuje do tego miasta, a ono pasuje do niej.

W wywiadach mówi Pani, że nigdy nie opisuje Pani miejsc, których Pani nie zna. Dlaczego? Czy nie korciło Pani kiedyś, żeby stworzyć miejsce fikcyjne lub nawet wyimaginowany świat?

Nie. Lubię iść do sklepu, gdzie kupuje mleko mój bohater, lubię wyjrzeć z „jego” okna i zjeść sernik w cukierni najbliżej jego domu. Nie odczuwam żadnej potrzeby wymyślania alternatywnych rzeczywistości.

Mój umysł wie, że jeśli pojadę do Augustowa, nie natknę się raczej na Ninę Petrykowską. Jednak czytając Dane wrażliwe człowiek czasem ma ochotę złapać za telefon i do niej zadzwonić, coś jej powiedzieć. Jak Pani to robi?

Nigdy nie traktuję moich bohaterów jak „postaci literackich”, ale jak znajomych, sąsiadów, kolegów czy rodzinę. Traktuję ich serio, a oni tylko się odwdzięczają.

Muszę przyznać, że Pani Bogdana, brata Niny, pokochałam od pierwszych słów. Nie wiem, czy Pani pamięta, że pierwsze słowa, które w powieści padają z jego ust to dowcip. „Wiesz, czym się różni gołąb od zwłaszczy? – zapytał i zaraz sam sobie odpowiedział: – Gołąb lubi siedzieć na oknie, a zwłaszcza na parapecie”. Bogdan jest jak magnes – zabawny, inteligentny, i przy tym czujny, empatyczny. W jakiś sposób fascynująca jest dla mnie relacja jego z Niną. Czy miała Pani tu jakiś pierwowzór? Kim jest lub ma być Bogdan dla Niny? Skąd u niego takie pokłady cech pozytywnych? Wcale się nie dziwię tej studentce, która zaczyna z nim chodzić…

Znam wielu Bogdanów. Współczesny młody chłopak – gdy ktoś znajdzie trochę czasu i zainteresowania, żeby mu się przyjrzeć z bliska – jest właśnie taki jak Bogdan, nawet jeśli sam o tym nie wie. Żyje sobie, rozwija inteligencję i czeka aż jakaś mądra dziewczyna go zauważy. Kim jest dla matki i siostry? Przeciwwagą ich strachu przed życiem.

Jedną z głównych postaci w Danych wrażliwych jest młoda kobieta na wózku inwalidzkim. I tym razem uderza realizm opisanej rzeczywistości – osoby zajmujące się niepełnosprawnościami ruchowymi podkreślają, że właśnie ubezwłasnowolnienie przez kochającą rodzinę bywa w takich wypadkach najpoważniejszą barierą. Skąd decyzja, by obdarzyć Ninę kuzynką na wózku?

Nie było żadnej decyzji autorskiej. Kiedy pierwszy raz razem z Niną poszłam z wizytą do jej ciotki, niepełnosprawna Justyna tam była. Siedziała na wózku, ponura jak chmura gradowa, dziwaczna i zgryźliwa. Lekko mnie rozstroiła, ale co miałam zrobić, skoro tam mieszkała? Sama byłam zdziwiona jej obecnością. Dopiero przy kolejnych wizytach zrozumiałam, dlaczego manifestuje tak wrogą wszystkim postawę. Nie wymyśliłam historii Justyny. Jeśli wierzy się w swojego bohatera i traktuje na równi z ludźmi, których się zna, on sam wszystko powoli opowie i wyjaśni. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Justynę, nie miałam pojęcia jak dramatyczna jest historia jej życia. Autor, kiedy pisze książkę, nie ma nic do gadania. Książka jest szefem, a autor jest wyłącznie kronikarzem alternatywnej rzeczywistości, która istnieje, tylko nikt nie wie dokładnie gdzie.

W Koleżaneczkach główna bohaterka staje się niewidzialna. Czy powieść zawierającą elementy fantastyczne pisze się inaczej (jeśli w ogóle można powiedzieć, że powieść „się” pisze)? Jeśli tak, to w jakim sensie?

Niewidzialność Iwy nie zmusiła mnie do zmiany warsztatu. Bardzo szybko zapomniałam o tym, że to zdolność nierzeczywista. Pasowała do tej bohaterki, tworzyła doskonałą jedność z fabułą książki. Muszę przyznać, że nie od razu wiedziałam, że Iwa będzie niewidzialna. To się po prostu okazało. Nie miałam zamiaru pisać książki fantasy, bo nie czuję się na tym polu pewnie. Iwa zaskoczyła mnie tą zdolnością. Sama na pewno nie wrzuciłabym jej na barki takiego kłopotu. Współczułam jej szczerze.

Jak powstaje fabuła książki, jej konstrukcja? Czy jak Pani zaczyna pisać powieść, to zna już Pani jej zakończenie czy też pojawia się ono dopiero w miarę pisania?

Każdą książkę pisze się inaczej. Przecież pierwsza i czwarta powieść tego samego autora pisana jest przez dwie całkiem różne osoby. Debiut pisze nie-pisarz, czwartą powieść – doświadczony pisarz. Poza tym każda powieść rządzi się własnymi prawami. Autor nigdy nie wie, jak jego książka się skończy, a jednak pisaniu zawsze towarzyszy absolutna pewność, że historia ma swój konkretnie ustalony finał, że on już jakby się odbył, zaistniał, trzeba tylko do niego powoli dojść.
Powieść to zawsze dwa elementy: postać i problem. Można zacząć od dowolnego z nich. Pierwsza metoda to zacząć od kreacji głównego bohatera. Zaczynam od szczegółowych rozmyślań na jego temat i zawsze okazuje się, że ma on jakiś problem. Zaczynam się interesować, jak on się z nim mierzy, podglądam jak sobie radzi, jakich środków używa i za tym podążam. Druga metoda to wyjście od problemu: przemoc w związku młodzieżowym, mobbing w szkole, wyalienowanie społeczne. Zadaję sobie proste pytanie: komu to się może przydarzyć? Patrzę, a raczej podglądam, jak ten ktoś poradzi sobie z kłopotem, który dla niego wybrałam. Najbardziej lubię, gdy bohater jest całkiem inny niż ja i ma inne od moich pomysły na rozwiązywanie problemów.

Jak by Pani zdefiniowała rolę książek, a właściwie czytania książek w życiu młodego człowieka? Jaką rolę chciałaby Pani, żeby Pani książki pełniły?

Rola książki jest tak samo zróżnicowana jak osobowość czytelników. Z pewnością autor nie powinien myśleć o roli książki, ale skupić się na tym, żeby najlepiej jak to możliwe opisać wybraną historię. Jak czytelnik „użyje” książki – czy to będzie tylko rozrywka, materiał do przemyśleń, czy życiowy drogowskaz – to jest rzecz wtórna. W literaturze liczy się jej jakość, a nie cele. To wielki błąd, że literaturze dla młodego człowieka zawsze narzucamy role. Czytelnik ma zapomnieć o całym świecie i z wypiekami na twarzy odwracać kolejne kartki. Literatura ma być czytana – taka, moim zdaniem, jest jej rola.

Jakie były Pani ulubione książki, kiedy miała Pani pięć, dziesięć i piętnaście lat?

Nigdy nie zdołałam zakochać się w fantasy, zawsze wolałam historie dziejące się w realnym świecie. Nie miałam indywidualnych, wysublimowanych gustów, które już w młodym wieku mogłaby świadczyć o zacięciu pisarskim. Wręcz przeciwnie – ponieważ bardzo długo, bo do czternastego roku życia, książki czytała mi na głos mama, najczęściej to ona wybierała tytuły. Sadzę, że chciała mieć z tego też jakąś przyjemność i dlatego poznałam masę baśni, ale też Annę Kareninę, Wrzos, Starą baśń… Jednak to nie były moje wybory. Sama dotarłam do Jackiewiczowej, Snopkiewicz, Musierowicz, Nienackiego, Minkowskiego, Niziurskiego i Bahdaja. Jako dziecko nie poznałam ani jednej książki Astrid Lindgren.

Których autorów książek dla dzieci i młodzieży Pani podziwia i dlaczego?

Podziwiam autorów, którzy umieją sprawić, że zapominam o obowiązkach i nie jestem w stanie odłożyć książki, dopóki nie skończę jej czytać. Cenię autorów, którzy nie traktują po macoszemu bohaterów drugoplanowych, a jeśli podczas czytania wybucham śmiechem lub płaczem – przyznaję autorowi dodatkowe punkty. Konkretnych nazwisk autorów nie podam, bo uważam, że każdy powinien na własną rękę odkrywać literaturę dla siebie. W tym obszarze nie ma po co chodzić po cudzych ścieżkach. Dodam tylko, że moim szacunkiem cieszą się autorzy, których lepiej się czyta za trzecim czy czwartym razem niż za pierwszym.

Dziękuję za rozmowę.
 
_______________________
W imieniu Kuriera Literackiego rozmawiała Maria Deskur.